niedziela, 30 lipca 2017

Kazimierz S.

                                                                                      Gąsawa, 28 grudnia 1931


Zaskrzypiał lufcik, śnieg i drzwiczki od pieca.
Minęliśmy się w progu, gdy stary rok zbierał manatki;
zajrzałaś do sieni – ukradkiem – przynosząc zapach
igliwia i światło (mój cień – samotny naparstek).

Uniosłem się ponad dachy. Ja, stary krawiec,
z nogą drewnianą i blizną – pamiątkami z frontu;
który przed snem liczył duchy, a do snu kładł centymetr,
igły i nożyce (moje wy dzieci – drżące, płaczące).

Wtem przyszła noc. Oto ulica jak zmora w lustrze
wytrzeszczyła ślepia i czeka: aż buty zrobię na glanc,
aż włosy zaczeszę na gładko, aż skroję ostatni garnitur.
Leżący jak ulał, z pyłkiem kredy i kwiatów;

z najlepszej wełny, bo cała ziemia lodem skuta,
i nie na miarę czasów szyty, lecz własnego trupa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz