niedziela, 30 lipca 2017

Kazimierz S.

                                                                                      Gąsawa, 28 grudnia 1931


Zaskrzypiał lufcik, śnieg i drzwiczki od pieca.
Minęliśmy się w progu, gdy stary rok zbierał manatki;
zajrzałaś do sieni – ukradkiem – przynosząc zapach
igliwia i światło (mój cień – samotny naparstek).

Uniosłem się ponad dachy. Ja, stary krawiec,
z nogą drewnianą i blizną – pamiątkami z frontu;
który przed snem liczył duchy, a do snu kładł centymetr,
igły i nożyce (moje wy dzieci – drżące, płaczące).

Wtem przyszła noc. Oto ulica jak zmora w lustrze
wytrzeszczyła ślepia i czeka: aż buty zrobię na glanc,
aż włosy zaczeszę na gładko, aż skroję ostatni garnitur.
Leżący jak ulał, z pyłkiem kredy i kwiatów;

z najlepszej wełny, bo cała ziemia lodem skuta,
i nie na miarę czasów szyty, lecz własnego trupa.

piątek, 31 marca 2017

Tryptyk matczyny


















W zgliszczach czasu istnieją sprawy,
o których nie ośmielam się nawet śnić:


24 września 1836

Wrzesień Roku Pańskiego 1836 jest wietrzny i dżdżysty,
w zabłoconej drodze niebo odbija się różową poświatą,
po czym wpada do okien. Dziecko płacze, zostań – ktoś prosi,
więc zostaję, pilnując duchów zamkniętych w pudełku;

leżą na miękkiej chusteczce jak w pieluszkach albo całunie.
A kiedy o zmierzchu przepoczwarzają się w płomień świecy,
zaczynam myśleć, że gdzieś już widziałam ich twarze.


7 lutego 1873

Jasno; powietrze tak mleczne i łagodne jak pierś karmiąca.
Ludzie biegną, rychło w czas! – wołają. Ku wiośnie idzie,
ku lepszemu, zaraz rozkwitną prymulki i krokusy.
Wybierzemy się na spacer – za tory, kamień, krzyż.

A moje ciało zmęczone połogiem
wygrzewać się będzie w słońcu niby dziki kot; stanę się opowieścią,
która nigdy nie stygnie i nie przestaje rodzić.



31 października 1930


Tyle ciszy, a tyle gwaru; tyle światła, a tyle ciemności.
Siadamy na skraju łóżka, obserwując łebki iskier uderzające o kafle
i żeliwo. Mały ma oczy niebieskie, głębokie – historie piszące się szybko
w kołysce, za oknami, za miastem. Oto matka i syn


pochylają głowy nad krajem pełnym cieni, wróżb i znaków.
Milczą nad grobami – stertą fotografii, kiedy nastaje pora zimowa,
a knot łapczywiej spija oliwę i Jezus marznie przy rozstajach.



W zgliszczach czasu kolej na mnie,
o czym nie ośmielam się nawet śnić.


piątek, 17 marca 2017

Zaświaty i prześwity
















Kreacja to proces złożony. Odbywa się w środowisku
chaosu, tajemnicy i wyblakłego inkaustu – słów wyrzucanych na brzeg
jak bursztyn i po przypływach zbieranych do kieszeni naprędce;
imion układanych w retrospekcje, przypuszczenia i cienie,
kiedy zwołujemy opiekuńcze duchy, ich nosy

o profilu tak znajomym, zmęczone ręce i obrączki,
które sami wsunęliśmy na palce.

Kreacja nie ma końca: na ten obraz lub podobieństwo
przeistaczam się w ciała kolejnych domostw, ulic, cmentarzy,
które tętnią moją krwią, nanosząc nowe blizny i zadrapania;
a wtedy oni jeden po drugim odpadają z moich ścian
i cofam się do dnia, w którym wszystko było białe i świeże jak

krochmal na pościeli,
koronka w kołysce.