Beskid /I/
zaciągnęła się papierosem. patrzyłem, a popiół
znosił jej chudy nadgarstek do rzeki.
spod cerkwi widać było dym i błoto na stokach.
kolejne kwietnie malowały te same obrazy:
widnokrąg grający w czarne i zielone, dnie zagojone w noc staranniej
niż blizny. ostatnie światło przekraczało próg
i wniknąwszy do nawy lizało nam buty.
zapaliłem jak ona wówczas. dochodziła szósta,
przyrośnięte do nieba wierzchołki drzew szukały po omacku
bani pękatych niczym piersi matek. byłem równie ślepy
jak one; tylko słuch mi się wyostrzył.
Beskid /II/
w głowie kręci się biała kapliczka i chałupa
bez okien. pole, z którego wyrastał koślawy krzyż,
zaparkowane na poboczu auto.
mokrymi rękami łatwiej zrywać bogów z nieba,
a mokrymi ustami dziwić się. na palcach mam jeszcze
wierzchołki brzóz rozebrane ze świateł;
kiedyś myślałam, że to objawienie. spadaliśmy
ze snu do rzeki. ruch odbywał się po innej orbicie
wokół innego słońca.
.