sobota, 14 stycznia 2012

Skamielina

Skamielina


Niobe, po twoim podbrzuszu ślizgają się noce – śnięte
ryby, oczy zasklepione ropą. Stygnij jak trup, w pościeli
gdzie odklepane pacierze i piąstki zakleszczone na amen,
na pociechę, na głód, ranne ablucje, przywidzenia.

Zbierałaś owoce – paznokcie i rzęsy, niezagojone rany.
Na przednówku rzeki opuszczały koryta, by rozmywać
sny, muskać piersi nabrzmiałe i tłuste. Pamiętasz strupy,
zapach trzewi, cichy podskórny dryf – nosiłaś to samo

imię i ten sam niemy krzyk na ustach. Drżenie podbrzusza,
z którego wyszły dnie zimne, wilgotne, potem modlitwy
za piąstki zakleszczone na amen, na pomstę, na trwogę.
Po jędrność łydek, bolesnych ud – gdzieś między prawdą

a umieraniem. Pozwól kropli drążyć skałę; niech wprawi
cię w ruch, rozrzuci kości od ciała – oderwane.

.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Zdziczałe bzy

Zdziczałe bzy

Ty noś za mnie, a ja będę kwitnąć za ciebie.


Wspinasz się do okien jak podlotek. Zaplatasz warkocze,
rozsypane za progiem słońca – na ząbek czosnku, tymianek.
Zgrzytanie zębów i obracanie w proch. Kiedy sny donosisz,

pękate brzuchy grabów i osik, świńskie koryta, podkowy,
płód żywy w twojej histerii – wiecznie głodny, gorący
na języku odciętym jak pępowina. Wina nalej, ze skrzepów

palce i piąstki posklejasz. Z tej krwi rzewne piosnki, przywidzenia,
dwie piersi nabrzmiałe o świcie, rozkołysany biały sad.
Pod twoją opiekę – zaropiały kącik oka, ślina ciepła i obfita.

Powstań, madonno z podbrzuszem obolałym od skurczów.
Pokaż się, zlizawszy boleść jak chorobę z czółka.

.

poniedziałek, 12 grudnia 2011




Sztetl (szkic)









Bruno Schulz, Adela i Edzio


Sztetl
(szkic)


Adela stopy ma białe i miękkie, za każdym razem,
kiedy przymyka powieki, podskórnie wędrują szeregi
pluskiew. Podbródek trzyma uniesiony wysoko, gdzieś
w stronę balkonu – i tylko między rzęsami rozkwitają
pokraczne sny, a we włosach plącze się zapach maciejki.

Po drugiej stronie nie ma już nikogo; młody kaleka
wrócił do domu na czworakach, na szybie
zostały ślady palców i nosa. Przypominały bukiet
kwiatów, niedokończone listy, tłuste, słone od potu.

Nadszedł świt, nad gankiem błyszczały dachy miasta.
Pokraczne kamieniczki, pomniki – smętne zjawy
z oczodołami zalepionymi miodem, plastrami słońca.
Cienie jak drżące osiki pełzały po wzgórkach ulic.

Ostatnie błogosławieństwo wybrzmiało skargą:
ledwie zawiśnie na ścianach przy wierzbinie lub czerwonych
jabłkach, a ciała obrastać będą w modlitwy i wystrzały –
krótkie pociągnięcia ołówka. W oczach zagnieżdżą się
odpryski szkła i farb. Senne mozaiki. Przywidzenia.
.

poniedziałek, 21 listopada 2011







Uroczysko (akwarela)






Jerzy Duda-Gracz, Szumiąca. Trio fortepianowe g-moll


Uroczysko (akwarela)


Łydki ma chude jak szczapy. Noc wygięła się nad nią w pałąk
i wsiąka w chropowatość papieru. Spójrz, panienka z bagien jest
całkiem naga. Jej lico przybiera rumieniec jabłka, a rude kosmyki
opadają na rozdeptane drogi, omszałe płoty i resztki chałup.

Jesteście smukłe jak osiki, wy polskie zmory. Oplata was lepiech
i rumianek, zielne sukno snuje się między palcami jak mgła.
A niech no się który skusi, to różańce zaczną szemrać na rozstajach
niczym wisielec na przednówku. Skóra będzie sina i nabrzmiała,

zaś woda zdrowa i przeklęta. Niech się święci woda, dobra woda,
powała i próg; gdzie w kuchni zapiecek, a w pokoju trumna.

.

czwartek, 27 października 2011

Drohobycz. Portretowanie ulicy

Drohobycz. Portretowanie ulicy


Pamięć kończy się na krągłościach kocich łbów i ciał
przylegających do białych jak mleko matki ubrań. Deszcz zapłodnił już
ogrody przy Sienkiewicza. Kot miękko zsuwa się po rynnie
by pobiec na przełaj chodnikiem.

Wcale nie wyglądamy jak duchy. Do twarzy nam w starych płaszczach,
trzewikach, smutkach. Jesteśmy widzialni i piękni do bólu: ja z warkoczem,
naręczem śliwek. Ty ulepiony z lepszej gliny i zdrowszej krwi.

Jeszcze kryjemy się w ramach obrazów, kołyszemy wolno jak sny
wciśnięte w głębię perspektyw. Takie, które unoszą się nad dachami jak spopielone
akwarele, zdziczałe róże i nazwy ulic, których nikt nie pamięta.

.

poniedziałek, 21 marca 2011

przetopy


wytopy


zima była niczym narośl na żywym, gotowym do miłości
ciele. nadziei mieliśmy mnóstwo: tyle co sikorek za oknem
i słoniny rozwieszonej na gałęziach zdziczałych śliw.

ani krzty bólu. żółty piec kaflowy, poranny zgrzyt żeliwnych
drzwiczek. kuchenne ściany przesiąkały szumem odbiorników,
rozmowami po północy i dźwiękiem radzieckiej pozytywki.

dalej było już tylko jasno i ciepło. może swetry mieliśmy
grubsze, a może troska topiła śniegi i tkała z nich obejścia
pełne rozgadanych strumyków.

.

poniedziałek, 14 marca 2011

wilcza jagoda


wilcza jagoda


a wracała do niego jak się wraca do przystani. do snów jałowych
jak skóra dziecka i rybie łuski. był wieczór. paliła papierosa, strzepując
popiół do rzeki; upadał lekko, jakby miał przemienić się w ptaka.
tylko paznokcie okraszone czerwienią raziły mocniej niż dym
i ścieżka wrastała w bose stopy i sukienkę. przed nią leżały poletka
zaszyte głogiem, parszywe nory, błyszczące owadzie odwłoki.

wtedy pomyślała, że ma bardzo ładną szyję, a piersi jędrne i białe.
i odeszła.

.

czwartek, 30 grudnia 2010

Długość snu i cienia

Długość snu i cienia


Maj pęczniał w deszczu jak zakażona skóra. Wiadra były miękkie
i śliskie, studnie czekały na dzieci lub chwiejące się na łapkach kocięta.
Babka zrywała piwonie, na Boże Ciało, na ołtarz. Mówiła coś
o snach i modlitwach, bólu kręgosłupa, gotowanej kaszy.

Nie była stara, tylko nieco zmęczona, te same szczupłe palce, oczy,
nos. Do ogrodu zabierała mnie zawsze, kiedy pytałam o zdrowie.
Nie rozmawiałyśmy o drzewach, które obumarły dawno temu
na tym cmentarzysku dla psów i świń. Było zbyt duszno.

Gdzieś między fiołkami a krzewinkami truskawek, potem
przy furtce, gdzie rosły róże. Z łebkami wplecionymi w drut
przypominały przerażone kobiety, które wtulają piersi
w jedyne na świecie ciało. Lęk chronił je od upadku w błoto.
Między kurze i kacze tropy, paszę i obierzyny z ziemniaków.

.

piątek, 24 grudnia 2010

diabelska edukacja


diabelska edukacja


kiedyś czas wpełznie pod wycieraczki. zapali księżyce.
otworzy chlebaki i tanie wina, których nie wypijemy do końca.

wtedy powiem:
nie śpij.

i zbadamy puls ścieżek. skóra zwabi komary, niespokojne noce.
policzy ćmy na żarówkach. snom rozkaże, by wylazły spod podłóg,
podpaliły ostatnie drwa i zaskwierczały w piecu.

a ja powiem:
kochaj.

.

czwartek, 25 listopada 2010

symetria

symetria


uczymy się spijać sny, deszcz i wódkę.
za plecami stoją drzewa jak nagie kobiety
z włosami rozwścieczonymi przez wiatr.

i jeszcze więcej pocałunków, więcej
rąk wrastających w siebie, w nas, w noc
krakowską i jasną.

.