niedziela, 27 grudnia 2015

W cyklu

O brzasku ulegamy atrofii. Zrazu ubywa połączeń
między dźwiękiem a obrazem; ubywa też snów,
dryftem pokonujących polskie niże, wody rzeczne,

podziemne, płodowe. Ponownie uczymy się istnieć;
bez punktów odniesienia, głośniej wkraczamy w czas postny,
a ciszej w świąteczny, tłumiąc przy tym echa rozmów

rozsypanych jak śnieg po płaskowyżu ciała
(w strachu, że niebo spadnie nam na głowy, a półmrok
przeistoczy się w smętną, bezbarwną materię miasta).

Miasto zaś krzewi się wzwyż: przy cmentarzach topole
kiełkują z białego puchu i niepamięci, a domostwa zalegają zbyt płytko.
Tam, głęboko pod ziemią, istnieje cała plątanina przejść

prowadzących do kamiennych nadproży i piersi matek,
wilgoci drew i ognia gromnicznego. Wzniecam go i dławię
co noc, która zawsze jest rześka, majowa, skończona.

czwartek, 19 listopada 2015

Ostatnie kuszenie

Zaczęło się od lipy: marzec na pęczku,
pęknięta ściana, dziadek w berecie z antenką
na wpół pochylony. Wycięli i koniec.

Naście lat. Nie płakałam, myślałam: ech, 
kawał świata przede mną, będzie się w co wgryzać, 
tyle jabłek, ust i Bóg wie czego jeszcze. 

Ostała się grusza i dom, starowinka wiecznie samotna,
wyczekująca kogoś lub czegoś przy głównej ulicy;
bidulka stuletnia z okładem
zajęta przez nowotwór od progu po strych.

Alicja myła okna.
Każdej wiosny kłęby sierści obrastały zapiecek.

Ubywało nas
aż wreszcie ubyło kątów, pająków, krzeseł,
ślizgającego się po dachówkach światła.

piątek, 13 listopada 2015

Palimpsest

Sny są miarą odległości. Opowiadam ci o miejscach,
które o świcie bledną i stają się płaskie jak fotografia 
(zresztą, wszystko tutaj jest jakby mniej realne:
szpaler brzóz za garażem i kanka z mlekiem na progu,
plac targowy, cmentarz). Więc może tak naprawdę
nikt nie umarł, może tamta noc nigdy nie nastąpiła,
jedynie oczy zamknięto

albo to okiennice – zakleszczone w mojej pamięci –
 mącą głębię ostrości i barw.

Sny są miarą przywiązania. Zaplótłszy historie, choroby
i przekleństwa, jesteśmy jak dwa drzewa rosnące zbyt blisko.
Wkrótce rozsadzimy ściany naszych dawnych domostw, 
by z pacierzy i lamentów posklejać nowe,
ciut chybotliwe – ciepłe jak pocałunek.

piątek, 21 sierpnia 2015

Punkty wyjścia

Oto widmo środka świata: przenieśliśmy się do miejsca,
które dawno przestało oddychać. Ostatni trop widniał na mapie
niczym plama na skórze; brunatny, budzący złe przeczucia,

o niewyraźnych konturach. Teraz należy przywrócić pamięci:
moją i twoją, wody i powietrza, gliny i szkła. Kiedy zaś poruszą się cienie,
wszystek popiół spłynie ku miastu, a noc uleci parą z ust – 

wtedy oznajmię: koniec sezonu. Słońce malować będzie szron 
fioletem i seledynem. Zdążymy coś odbudować, nakreślić kolejne mapy;
dynie – urosną pękate niby garnki. A garnki – pękną jak słowa.

piątek, 7 sierpnia 2015

Droga do Caeculo

Cecylia o świcie przekracza rzekę; rychło utraci wzrok
dołączywszy do grona ślepców, chromych i żebraków.
Przerosła ją historia, przeto czyni wróżby oraz znaki:
odcisk bosych stóp, pęknięcie struny, echo.

Cecylia cierpi, bośmy ją ku temu przysposobili.
Na tyle jest prawdziwa, na ile można z niej spijać zdrowie
bądź dobry los; swoje cienie porzuca na miedzach,
nadprożach izb i trzeszczących kręgosłupach staruszek.

Cecylia została świętą, bo uczy nas patrzeć;
wydobywać na jaw całą nieprawdę tego świata,
jak gdyby ta nieprawda była bijącym źródłem,
a dochowanym dziewictwem – zmysły.

Pochylamy się nisko; z tej perspektywy ulica
jest dla nas beznogą, sunącą w spiekocie jaszczurką.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Szkicownik

Cienie kładą się na dachach jak koty. Przy Largo di Torre Argentina 
wprawione w ruch powietrze gęste jest od zdrad i mimozy.
Nim zdążyliśmy uwić gniazdo, kolejna wiosna obrosła w mewi puch 
i kurze łapki pod oczami – nieco z beztroski, ciut z niedospania.

I tak staliśmy się pęknięciem w czasie. Napięciem między wielością a pełnią, 
w której słowa – co głośniej wypowiadane – rozmazują sylwety kopuł. 

Kiedy mówimy do siebie: spójrz – wtedy pocięte na warstwy miasto 
z wolna stapia się w brzemienne, ciepłe ciało. To w nim zapisane są echa 
wszystkich zbrodni, miękkość piersi i podbrzuszy, jednia oraz przypadkowość.
To geometria dziejów: misterne konstrukcje więźb, oprawy blejtramów 

i siła dłuta wymierzonego w kamień niczym rostra w stronę zatoki. 
Idzie noc. Wraz z nocą zjawiają się duchy. Marmur jest biały, 

a my całkiem nadzy: dwa wilcze oseski 
z mlekiem matki na pyszczkach.

czwartek, 30 lipca 2015

Rozwarstwienie

W każdej grudce ziemi mieści się dialektyka umierania 
i narodzin. Rozsypane u kolan znaki utworzyły milczące konstelacje, 
mieszając się z gliną, potem i rosą. Ożywiłaś je tylko na moment, 
spójrz, już zaczynają wysychać – mówisz, a ja dodaję: 

jak gdyby chciały od nowa wedrzeć się w głąb tej wsi, 
tego globu, czasu, może wieczności. 

I naraz wybija południe. Wyczekujemy kolejnych tropów, 
celebrując pocałunek ładu z chaosem; które to już z kolei 
spotkanie Italii z Barbaricum? Suche zagony powiły rumianek,
na miedzach topole sterczą jak szpalery cyprysów.

Tak oto staje się świat, proszę was, droga publiczności. 
Przed nami jak klatki filmu przewijane od końca do początku 
potwierdzają się zamierzchłe przestrzenie oraz czasy. 
I nic nam do tego; imitatio Dei, powtórzenie, retrospekcja. 

Płyniemy falami, wznosząc się i opadając 
w lustrzane odbicia historii.