etnopisanie



Wisłok Wielki, 1-10.07.10

Nocna cisza na przedmieściu sprzyja antropologicznym przemyśleniom. Pełnia lipca, brzoskwinie spadają jedna po drugiej pod nogi, próg cały rozgrzany, cykające świerszcze. Na tym osiedlu jest niemal zupełnie jak w małej wiosce. A skoro już wiejskie tematy bierzemy na ruszt, to można powiedzieć, że okoliczności przyrody sprzyjają.

Dwa tygodnie prowizorycznych wakacji – przyznaję otwarcie, że taki, o, student, to nie może wydrzeć się z ram akademickiej konwencji nawet w czasie przeznaczonym na odpoczynek. Dobija północ (do południa praca również wrze, acz ta bardziej typu ogródkowo-kuchennego) i wreszcie można zaczynać – nagrania z praktyk czekają na transkrypcje, notatki na uzupełnienie, aż oko pobolewa. Wtem nasuwa się myśl – a! Może lepiej poczynić coś niekoniecznie dla instytutu, a raczej dla własnej uciechy. Tym bardziej, że w ostatnim czasie nawet ten chleb nie smakował mi tak dobrze, a pisadło służyło wyłącznie do celów naukowych. Zaczęłam się nawet obawiać, czy nie oznacza to zbliżającego się wielkimi krokami wyboru ostatecznego. Bo rozstać się z piórem to bym chyba nie potrafiła.

Późnym sobotnim wieczorem wróciliśmy z badań. Cóż, wszystko, co dobre, szybko się kończy (ale co to za przyjemność bez kończenia, cytując kolegę Emila). A to właśnie powroty sprzyjają refleksjom, choć przyznam, że nijak takiej mozaiki uczuć nie da się wsadzić razem w naście składnych zdań. Problem w tym, że powiedziane jest i zapisane jest, że nie wolno, ale to nie wolno badaczowi dać się ponosić emocjom. A myśmy rozstać się z Wisłoczanami nie potrafili. Bo któż nam w Krakowie podczas intensywnej pracy intelektualnej pod nos sam mleko podsunie, ser biały, jajka, krokiety i pruziaki? Otóż informatorzy dokarmiali nas sumiennie przez cały czas naszego w ich skromnych progach pobytu (poili również, ale o tym za chwilę). W każdym razie krakowscy etnolodzy już szykują upominek dla babci Malikowej w ramach podziękowań za potok słowny, który to jakże pomocny będzie im w zaliczeniu przedmiotu, oraz wszystkie inne hojne dary. Co zaś w kontekście geograficznym: Wisłok Wielki – malownicza miejscowość położona u stóp dawnego Czystohorbu, w promieniu siedmiu kilometrów od Komańczy. Zachodni horyzont zwieńcza pasmo górskie, stanowiące naturalną granicę między Polską a Słowacją; wschód i południe to już Bieszczady, których bladobłękitne grzbiety wrastają niemalże w samo niebo. W kierunku północno-zachodnim biegnie droga na Moszczaniec, i dalej, aż do samych Jaślisk, z której liczne odnogi wiodą ku zdziczałym połemkowskim wioskom, utkanym z kapliczek i przydrożnych krzyży.

Pierwszy wieczorny spacer, tuż po zakwaterowaniu w szkole. Mały rekonesans, kilka fotografii. Nic wielkiego, bo człek zmęczony. Po powrocie jeszcze tylko rozpracowanie kwestionariuszy, próby czytania tekstów Chrisa Hanna, w końcu spotkanie w pokoju chłopaków z naszą prowadzącą, a w ramach tegoż spotkania - opowieści, których Wojtek wprost słuchać nie mógł, czyli Czarne Skarpety, duchy Łemków i wszystkie inne niesamowitości (zaczynam się bać, bo właśnie spadła z drzewa brzoskwinia i narobiła sporego hałasu – oto teza postawiona na wspomnianym wyżej piwnym posiedzeniu potwierdza się: istnieją takie zjawiska, wobec których etnolog rozkłada ręce bezradnie i eliadowskie siatki interpretacyjne okazują się niewystarczające). Kolejne osiem dni to czas wędrówek na linii szkoła-Wisłok Dolny bądź szkoła-Wisłok Górny, ewentualnie Czystogarb. Owocnych wędrówek – materiału uzbieraliśmy sporo, że wspomnę choćby wywiady z informatorami męskiej części naszej ekipy, którzy – jako stali bywalcy ławeczki pod sklepem – wiedzieli o Wisłoku takie rzeczy, o których zapewne 93-letniej babci Kokoszce się nie śniło. Jednak przyznać trzeba, że etnologiczne wojaże nie zawsze bywają bezpiecznymi. Należy o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy dochodzi do rozmowy z panem Józkiem, który gryzie lub gdy w pobliżu upatrzonego domu biega piesek. Taki właśnie mały piesek urządził nam Emila, a może nawet bardziej kierowniczkę całego przedsięwzięcia, która strachu najadła się za dziesięciu. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, piesek szczepiony nie był, bo po co. Zagrożenie dla życia mogły stanowić również żmije, wilki i niedźwiedzie, co do których dostaliśmy wskazówki, jak należy postępować w razie bliskiego spotkania trzeciego stopnia; z kolei dla zdrowia psychicznego – ćmy.

Upojenie alkoholowe nie tylko czynić może mediatorem i pozwalać na dokonywanie transgresji między trzema sferami wszechświata. Często również pomaga się przełamać, przez co problemy natury metodologicznej w natychmiastowym tempie znikają. A przecież potrzeba tak niewiele, choćby parę kieliszków koniaczku od taty pana sołtysa. Tak. To ten wywiad będę wspominać do grobowej deski (o ile mi takową ktoś sprawi - po tych studiach mogę mieć problemy ze wszelaką inwestycją). Ale Piotrek przeżył to chyba o wiele boleśniej jako abstynent. W każdym razie wracać trzeba było pod rękę, bo ustać na nogach nie mogłam – potem, o zgrozo, uświadomiłam sobie, że przecież stojące na stole wino jest kupione na spółkę, więc i mnie się należy. Pani Patrycja usiadła obok i zaczęła opowiadać mi o informatorce z czasów praktyk studenckich, która uraczyła ją spleśniałymi bułkami. Domniemam, że chodziło o to, bym przywykła do tego rodzaju zachowań. Ot, niektórzy bywają nadzwyczaj hojni. Nie zawsze jednak niesie to ze sobą same pozytywy; choć nazajutrz Megi stwierdziła, że byłoby wspaniale, gdyby każdy pijany zachowywał się tak, jak ja wówczas. No zawsze to jakiś komplement.

Z pozoru spokojny Wisłok po paru dniach okazał się galerią osobliwości. Poskąpię niestety charakterystyk największych bohaterów naszych badań, gdyż nie ze wszystkimi miałam do czynienia. Do drzwi pana, który gryzie, wolałam raczej sama nie pukać. Z panem Zdzichem też nie miałam przyjemności - jako że była to domena chłopaków - jak i z Łowcą Głów napotkanym pewnego dnia przez Adama. W większości przypadków rozmawiać dane mi było ze starszymi kobietami, tak więc w transkrypcjach aż roi się od plotek. Przypuszczam również, że koligacje rodzinne zaszły w Wisłoku i okolicy tak daleko, że połowa moich wywiadów jest przeprowadzona z bliższą lub dalszą rodziną Ulki - przy świadomości przepytania jedynie jej mamy. Dopiero w ostatnich dniach badań przytrafili mi się jacyś mężczyźni, zaś mianem najpiękniejszego wywiadu określę chyba rozmowę z panem Milaszem, do którego udałam się razem z Olgą. Prawda to, że w takich chwilach człowiek nie tylko poznaje drugiego człowieka, ale i... samego siebie poznaje. Inna to perspektywa, inna czasoprzestrzeń, inne słowa. Potok słów, cała rwąca rzeka. Przelewa się przez świadomość, meandruje, potem na chwilę uspokaja, by wypłynąć na otwarte morze. Te kwiatki to dla niej, jak ona była, tośmy siadali na ławce, tu, przed domem, i ja jej mówiłem, ja jej obiecywałem, że będziemy tu razem siedzieć i patrzeć na te kwiaty. Ale nie doczekała. Pan był niesamowity. Wziął nas do domu, zaparzył czarną kawę. Długo opowiadał.

Miało się swoje sposoby – dobiłam więc do dziesiątki, a nawet udało mi się ją przekroczyć, mimo że większość wywiadów nie prezentuje najwyższej jakości. W każdym razie znalazłam czas na poszukiwanie zaginionego Jasielu, dokąd wybraliśmy się w piątkę – ja, Paulina, Gosia, Aneta i Piotrek. Oczywiście, stopem, do Moszczańca. Stamtąd szlakiem, w górę, daleko. Cały dzień o poziomkach, przepysznej wodzie z potoku... a także oscypku i bimbrze. Otóż, odcinek Wola Wyżna-Moszczaniec pokonaliśmy czerwonym maluchem z podhalańskim bacą. Moje nogi zostały wręcz zmiażdżone, co nie oznacza wcale, że gęba mi się nie śmiała. W bacówce poczęstowano nas wspomnianymi specjałami, przy czym na hasło: bimber, jako osoba po przejściach, podobno znacznie zbladłam, wprost proporcjonalnie do tego, jak Paulina zaczęła nabierać rumieńców. Baca przedstawił nam swojego syna, Grześka. W razie byśmy nie mogły męża znaleźć, śmiało możemy pukać do drzwi. Tylko trzeba się liczyć z dojeniem owiec. A jak już przy tym jesteśmy – oscypek był wyśmienity. Baca Stanisław zastrzegł, że nie odwiezie nas do Moszczańca, póki nie zobaczymy szałasu. Szałas – piękny. Rzeźbiony sosręb, krzyż. A wewnątrz suszone zioła i czerwona wstążka, obraz jak gdyby żywcem wyjęty z naszej wyobraźni wieloktornie uruchamianej podczas ujotowskich wykładów. Tylko watra nie płonie, bo redyk zaczynać będą równo z nadejściem sierpnia. I cóż – baca na pożegnanie ucałował nas w czółka, a Paulinę to nawet w ucho, rzekłszy przy tym: Kochom wos moje dziewuszki! Czekał nas tylko powrót do Wisłoka, tym razem pod cerkiew, na której strychu udało się nam obejrzeć całkiem sporą kolekcję etnograficzną. Szkoda tylko, że nie załapałam się na kawę u miejscowego księdza – przez kilka dni pod rząd co niektórzy udawali się na plebanię, i to wcale nie po wywiad.

Ostatnie popołudnie spędziliśmy w Sanoku. Nawet na placek węgierski starczyło z instytutowych pieniędzy. Teraz to ja przez dwa tygodnie planuję sama obiady robić... Zapowiedziałam już mamie – krokiety. Czystogarbskie krokiety!

A na wrzesień, na wrzesień, proszę państwa, wymyślę coś podczas wydobywania z łona Matki Ziemi neolitycznych narzędzi.


Mogilno, 22 lipca 2010