archeostrofy
w linii prostej
mówisz, granice rosną w rękach starych kobiet. pod skórą suchą
jak pokos. kiełkują na łysych górach, spijając mgły. pomyśl, Anno.
gdyby tak policzyć wszystkie nasze urojenia. lęki. kiedy dnieje
i diabły ulatują z kominów, a my nie mamy niczego prócz własnych
ciał. tytoniu. słów zdławionych babim latem.
i mówisz, zabrakło nocy. teraz ślina będzie płodzić kamienie
gładkie jak flamandzkie płótno. mężczyźni powrócą z wojen
by wziąć nas na ręce lepkie od krwi i potu; z łatwością dopasują
blizny do koronek. i może wtedy kolejny już raz ruszymy
w drogę. przez groby malowane czerwoną ochrą
w stronę Willendorfu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)