
Sztetl (szkic)
Bruno Schulz, Adela i Edzio
Sztetl (szkic)
Adela stopy ma białe i miękkie, za każdym razem,
kiedy przymyka powieki, podskórnie wędrują szeregi
pluskiew. Podbródek trzyma uniesiony wysoko, gdzieś
w stronę balkonu – i tylko między rzęsami rozkwitają
pokraczne sny, a we włosach plącze się zapach maciejki.
Po drugiej stronie nie ma już nikogo; młody kaleka
wrócił do domu na czworakach, na szybie
zostały ślady palców i nosa. Przypominały bukiet
kwiatów, niedokończone listy, tłuste, słone od potu.
Nadszedł świt, nad gankiem błyszczały dachy miasta.
Pokraczne kamieniczki, pomniki – smętne zjawy
z oczodołami zalepionymi miodem, plastrami słońca.
Cienie jak drżące osiki pełzały po wzgórkach ulic.
Ostatnie błogosławieństwo wybrzmiało skargą:
ledwie zawiśnie na ścianach przy wierzbinie lub czerwonych
jabłkach, a ciała obrastać będą w modlitwy i wystrzały –
krótkie pociągnięcia ołówka. W oczach zagnieżdżą się
odpryski szkła i farb. Senne mozaiki. Przywidzenia.
.
0 komentarze:
Prześlij komentarz