Zdziczałe bzy
Zdziczałe bzy
Ty noś za mnie, a ja będę kwitnąć za ciebie.
Wspinasz się do okien jak podlotek. Zaplatasz warkocze,
rozsypane za progiem słońca – na ząbek czosnku, tymianek.
Zgrzytanie zębów i obracanie w proch. Kiedy sny donosisz,
pękate brzuchy grabów i osik, świńskie koryta, podkowy,
płód żywy w twojej histerii – wiecznie głodny, gorący
na języku odciętym jak pępowina. Wina nalej, ze skrzepów
palce i piąstki posklejasz. Z tej krwi rzewne piosnki, przywidzenia,
dwie piersi nabrzmiałe o świcie, rozkołysany biały sad.
Pod twoją opiekę – zaropiały kącik oka, ślina ciepła i obfita.
Powstań, madonno z podbrzuszem obolałym od skurczów.
Pokaż się, zlizawszy boleść jak chorobę z czółka.
.
0 komentarze:
Prześlij komentarz