czwartek, 8 kwietnia 2010
Koleje
wiosna wyrasta z podłóg. czujesz nierówne oddechy
drewna, skóra pulsuje jak farba na ścianach. z peronu drugiego
odjechał pociąg na Gdańsk. pies podkulił ogon i zawył.
jeszcze ławka ziębi przez chusteczkę. w kieszeni list od matki,
pół kromki chleba; wstajemy, prowadzisz mnie do okien.
szyba jak pryzmat rozszczepia światło z podwórza.
wtorek, 30 marca 2010
Przenikanie
z wierchu dobry spowiednik. sterczy bez grymasu z obtłuczonym
grzbietem, to i nam klękać nie wolno; powietrze wrosło w usta,
jakby chciało wejrzeć w nasze pocałunki.
koło południa ból wpije się w kolana jak kosmatka w żleby.
pokuta, powiedzą. pokuta schodzi na palcach do dolin. pięty ma
zakrwawione i brudne, choć but zdejmuje zawsze ostatni.
sobota, 27 marca 2010
Nić
powroty przyrosły do siebie jak słoje.
tworzą nowe terytoria, które oswajamy dzielnie
za pomocą ciastek i ogryzków.
wchodzimy sobie do głów. usypiamy żywopłoty,
przesiąknięci dymem uczymy się puszczać pety wzdłuż krawężnika
jak dziecięce łódki.
obmyło nas z sekretów; możemy już wstać
i nie żegnając się wcale, palce oblizać po deszczu.
czwartek, 25 marca 2010
Przestworzenie
dzielą się na czworo. ona pachnie dziegciem
od zachodu i północy, z głową ułożoną na rękach.
pod płotem bryzgi przejrzałych wiśni
błyszczą jak krew.
on lato przesypał pomiędzy palcami, choć jeszcze
świeci. lipiec jest nieco wilgotny o poranku i trawa
łoskocze jak zmierzwiona sierść po łydkach;
kobiety są od kuszenia, a wróble
od znoszenia gwoździ. tylko czasem
śmierć daje się okpić i pot spija z pleców,
jakby serce miała w piersi,
nie polny kamień.
czwartek, 18 marca 2010
Trajektoria
nad ranem się szepcze. nad ranem klamki są zimne
i wilgotne, a otwierać drzwi to prawie jak zanurzać palce
w misie z wodą święconą.
pies węszył koślawy horyzont. nietutejsi, setki razy
zawracaliśmy z drogi. lepka senność szła u boku, czasami
w podeszwy wbijało się szkło.
za plecami rosła panorama z dzwonnicą, dachy
i gęste ścieżki jednośladów. powiedziałeś, że już wcale
nie boli. że słońce, drzewa i tak dalej.
ziemia tajała.
sobota, 13 marca 2010
Wodopój
pamięta rzekę. spokój. gęste powietrze nad
ugiętymi kolanami i resztki alkoholu. uderzyły ich własne
odbicia, kiedy pisała patykiem po wodzie.
wrócili pomiędzy noc. taka była jasna.
od tamtej wiosny nie miewa snów.
budzi się wcześniej niż zwykle i nie otwierając
oczu, połyka wciąż ten sam obraz.
wieczorami wzrok wyostrza się, a skóra jędrnieje.
stoi w trawie bosa Zuzanna z rumiankiem we włosach,
zaplata ręce o zapachu polnym.
wtorek, 9 marca 2010
Nauka latania
zamknęły oczy. zdawało się im, że śnią, kiedy dotykały
swoich nagich ciał. pachniało powietrze i trawa pod oknem.
mozaika dywanów na trzepakach, gołych ścian, doniczek
to był początek i koniec. jej długie białe palce,
jej napięte mięśnie.
odkąd tylko podniosły się po pierwszym upadku,
sprawiają wrażenie coraz to piękniejszych.
spadają ze spokojem. już nie trzymają się za ręce,
nie odwracają głów.
niedziela, 28 lutego 2010
Latem
wieje wiatr i mali ludzie chodzą na palcach.
cienie cisną się do bram, a słowa zawężają horyzont
od białych piersi po wklęsłość podniebień.
stare kobiety wróciły do domów. teraz zza firanek
wypatrują zbyt młodych ciał
i klną, żeby gruz przysypał ich nagość.
młode ciała błądzą w amoku
między biegiem planet a zatęchłym podestem podwórza.
nie ma łóżek pachnących włosami. jest deszcz
kiedy jej usta wymawiają pamięć rozproszoną.
sobota, 10 października 2009
Geniul loci
pisz mnie ciągle od nowa i skreślaj. i nie pozwalaj
powszednieć dla nocy polskich, latarniami rozszczepionych na
kocich łbach. wypowiadaj mnie. wyschniętymi wargami powtarzaj,
aż wyrosnę w pustych bramach, napełnię kształty i przyczyny
od początku.
nigdy nie będę bardziej niż teraz
jestem, przeciekam przez powłoki miasta, kominy i dachy
porozbierane do snu. nigdy nie zobaczę mniej niż teraz, kiedy samotność
przysypia z butelkami pod pazuchą, a szczęśliwa trzynastka
dzwoni na Basztowej.
pisz mnie na murach, na drzewach, na pustych placach:
ciało jest słowem wilgotnym i ciasno przylega do okien.
poniedziałek, 5 października 2009
Gdy zasypiają demony
nad ranem gasną latarnie i wtedy najczęściej
robię coś dla swojej śmierci. po omacku ale bez wyciągniętych
ramion i przymrużonych oczu
nie wyginam kręgosłupa, nie straszę ścian
kocią sylwetą
zbyt ciemno jest by pisać a zbyt jasno
by spać. o tej porze rozum modlitwy odkleja
od dworcowych ławek, w barze sprzedają pierwszy czerwony
barszcz
samoświadomość wchłonęła już zimny kaloryfer i niedopite
wino. teraz siedzi między firaną a oknem albo wyskubuje pierze
z poduszek. na dywanie gęsi puch
i anioły w Krakowie
Subskrybuj:
Posty (Atom)