środa, 26 grudnia 2012

Powstanie świata u Witkacego

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Stworzenie świata (1921-22)
Leżę tu całkiem naga, nie z żebra stworzona
lecz zwierzęcych skór. Mówią: jesteś tak krucha
i lekka, że ziemia będzie cię trawić do kolejnej
wiosny i ani dnia dłużej. Ten grzech, to przecież
nic, bez przyczyny się z nieba nie spada.

Jeszcze garniecie się do piersi, skowycząc.
Kapryśni, wciąż głodni. Co byście zrobili beze mnie,
gładkiej jak śmierć, pochylonej nad grobem,
żłóbkiem, kocim futrem lub miską pełną jagód?
Ja was wszystkich nakarmię, będę wodzić

na pokuszenie i na tęsknotę. Aż w końcu piekło
otworzy się pełne zębów i kości; ugrzęznę w nim
zielonooka i smukła, niby bezmleczna stara wilczyca
o sierści zmierzwionej od ciągłego ssania.
Przyjdziecie do mnie kalecy, o zaropiałych oczach,

żebym mogła zlizywać krew z waszych kolan, iskać
wszy, wygryzać strupy. Mam ciepły szorstki język;
ukołyszę was nim rozpadniecie się w proch, nim
zacznę przysychać do pościeli, martwa, cuchnąca.
A kiedy mój bóg zawoła: stań się! – powstanę.

I szybko spęcznieję, spełnię się, spękam. Nie z żebra
ulepiona, lecz spomiędzy kłów i gadzich łusek wyrosła,
uklęknę raz jeszcze: naga, karmiąca, odległa.  

sobota, 22 grudnia 2012

Na przekór pieśniom i światłu

przebudzili się nadzy, na podobieństwo nasze
niespokojni. Przywarli do ław, ścian bielonych wstydem;
lęgną się po cichu w spojeniach belek i fasetach.

O posłowie nieba, spójrzcie – gwiazdy mamy
prawie na dłoni. Nie obwieszczajcie tego, co przychodzi
na każde amen, na zdrowie i jak na lekarstwo.
Nie starzejemy się, tylko w piersiach kiełkują guzy

i garb nam na grzbiecie wyrasta. Bydlęta klękają,
ogień krzepnie niby krew na kopytkach, w ubojniach
lub u płotu. Mira, mira nuntiantur. Marzną koty,
śnieg oprósza futro, a tynk trzewiki niedzielne.

Chyba już całkiem odebrało nam mowę. Zastygł śluz,
mróz nozdrza zasklepił; na pamięć wracamy do ciasnych
zapiecków. O pyszna Cassiope, spójrz – gwiazdy
jak na dłoni, a tyle dłoni, że cała noc się pomieści.

sobota, 15 grudnia 2012

Myrtus L.

Moja twarz stała się pobrużdżona i szorstka – marzyłam,
by zrzucić korę, przybrać ciało ciepłe jak wybrzeża Paphos.
Płód kiełkował ospale; w szczelinie, pod sęczkiem.
Razem z wiosną odeszły pierwsze soki, a wkrótce pokarm

szalenie wonny, żywiczny. Tylko patrzyłam na ciebie;
ukruszonego z lędźwi, mojego grzechu i wszystkich snów,
których nie potrafiłam wyśnić do końca. Zasypiałeś na obcych
rękach. Ja – w połogu, z nabrzmiałymi pąkami sutków,

ramiona zaplótłszy w dziecięcą kołyskę, czekałam
z dnia na dzień stając się coraz smuklejsza, nieodporna
na chłód i gibka. A wtedy powróciłeś z rozdartym udem,
cały kwitnący i zapytałeś – myślisz, że teraz łatwiej

będzie mi wschodzić do niej? Korzonki wpuściłem
głęboko – nie wyrwą przecież, nie zabiorą mnie stąd.
Wzeszedłeś nazajutrz, z samego rana. Więdliśmy cierpliwie:
jedno ze zgryzoty, drugie na boskich ustach.

środa, 12 grudnia 2012

Kozi róg (Marc Chagall)


Marc Chagall, Trzy świece (1940)
A kiedy urodzę syna, będzie miał po nas dłonie i usta –
szeptała, ulatując wysoko ponad dachy, ryneczki utkane
z pierza i potu. Maj rozrastał się niczym bieda po ulicach,
zasłaniał nagie kości, łodyżki zeszłorocznych traw.

Przycupnąwszy pod płotem, rozwarł ramiona. Rozpaliły się
sny na świeczniku, powietrze wezbrało, brzemienne w dźwięki.
Kochankowie patrzyli jak smyczek łechce struny, anielskie
kędziory, opływa gładkie kształty ud – w gęstwinie wilgotnej

ze wstydu, gdzie dotyk splata się z wonią kaliny i włosów.
Wodziły zmysły, gorąco biło po skroniach, gdy tak milczeli
zdjęci prosto z nieba, zatrzymani w pół kroku – pod miastem
ziemia była miękka i tak lekka, że aż strach.

I poczęli rozsypywać się cicho, na pamięć, każde w swoim
smutku. Teraz śpią. W zgniłych deszczułkach, pestkach,
płatkach. A najczęściej w kozim futrze, za lewym uchem –
urodziłam syna, spójrz, wyprawił nam piękny pogrzeb.

czwartek, 6 grudnia 2012

Pinus sylvestris L.

Chwycił mróz, pierwszy w tym roku, lepki, rozkojarzony.
Sarnie tropy przecinały ścieżkę białą od nocy i gładką.
Jeszcze parę kroków, syneczku – pamiętam szyszki, okółki
chorobliwie wiotkie, niby ręce kwitnące sińcami

w przegubach. Pędy gęstniały, rozszczepiały się dziko.
Upadłaś w poszycie, jeszcze jesienna, pachnąca chrustem,
do ust ci przymarzały piosneczki. Chwilę błyszczysz, potem
gaśniesz. Nie wierzyłem, kiedy szeptałaś w pościeli –

broń nas, od wszelkiego złego. Światło odbijało się rykoszetem
od drogi. Cała byłaś jasna, nieukończona, wyjęta ze snu
jak pacierz o świcie. Wracaliśmy do leśnej poręby, a może to ja
wracałem, miękko po śniegu, z igliwiem w butach.