czwartek, 30 lipca 2015

Rozwarstwienie

W każdej grudce ziemi mieści się dialektyka umierania 
i narodzin. Rozsypane u kolan znaki utworzyły milczące konstelacje, 
mieszając się z gliną, potem i rosą. Ożywiłaś je tylko na moment, 
spójrz, już zaczynają wysychać – mówisz, a ja dodaję: 

jak gdyby chciały od nowa wedrzeć się w głąb tej wsi, 
tego globu, czasu, może wieczności. 

I naraz wybija południe. Wyczekujemy kolejnych tropów, 
celebrując pocałunek ładu z chaosem; które to już z kolei 
spotkanie Italii z Barbaricum? Suche zagony powiły rumianek,
na miedzach topole sterczą jak szpalery cyprysów.

Tak oto staje się świat, proszę was, droga publiczności. 
Przed nami jak klatki filmu przewijane od końca do początku 
potwierdzają się zamierzchłe przestrzenie oraz czasy. 
I nic nam do tego; imitatio Dei, powtórzenie, retrospekcja. 

Płyniemy falami, wznosząc się i opadając 
w lustrzane odbicia historii.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Matrioszka

Wypełniamy coroczny rytuał odchodzenia. Tej nocy
zaorane pola będą gorączkować po blady świt.

Całując mnie w czółko, przywołasz po raz enty te same historie.
O dziedzicu, niemieckich sklepikarzach albo styczniu 1945, kiedy zrośnięci jęzorami
wód nie mogliście pójść na żywioł, a polodowcowy kraj
jak obraz dokonywał się czystym cięciem w rozrzedzonym powietrzu.

Opowiesz mi o grodach sterczących w strefie przyboju:
pełnych praśmieci i śmierci. Bezimiennych, nieopisanych. Dzikich
kaczek. Opowiesz mi, a ja taka rozespana i drżąca
wyczekiwać będę narodzin swojej matki –

zupełnie jakby to było zależne ode mnie.
Kreacja poza wszelką dialektyką. Rozpruwanie ziemi
uwikłanej w następujące po sobie wyże i niże baryczne.
Zgrzyt i zatrzask. Zębów, drzwi albo okien,

które wypuściły kolejnych domowników, znacząc odległość
stąd do nieba, rozbłysku supernowej, zgruchotanych kości.

sobota, 12 kwietnia 2014

Ucieleśnienie



Czas zapalony w lampie temperuje gwałtowność płomienia. Żeby mówić o ogniu lampy, należy oddychać spokojnie.
G. Bachelard, Płomień świecy

Czasem prześladuje mnie myśl, że o czymś nie pamiętam.
Wtedy wracam najczęściej. Mijam próg, stosy czapek, kapcie
nieboszczków walające się po sieni i myślę, że tak oto zatrzymuje się czas,
by potem delikatnie spuchnąć, wydać woń i zbutwieć.

Którędy teraz: do kuchni czy schodami na poddasze?
Szyby uginają się pod naciskiem dłoni. Wyciągam ramiona do kwitnących lip
i jeszcze dalej – chwytam kominy i dachy, przaśne domki,
ogrody, upiorne bramy majątków.

Światło. Pożeramy się nawzajem, przeistaczamy.
Cienie pączkują na ścianach, chcą, by nadać im twarze i imiona.
Za moment opadną, wpełzną między deski, a ja
podążę ich śladem. Bo nie ma innej drogi do krwiobiegu domu.


poniedziałek, 11 marca 2013

Odbicia

Ubywa nas, Alutko, więc zamknij drzwi.
Tyle marców schodziłyśmy w tym domu na pamięć,
aż kołyski powyrastały w progach. Zaokrągliły się
brzegi, kąciki i skraje – już nigdy nie krzykniesz,

uderzając łokciem o stół. Wyschniemy lada dzień,
niech tylko skóra przylgnie do kości, a języki do podniebień.
Podniebnych pościeli. Jak ścieli się ciało pośród rosy –
opowiesz mi, jak zmysły traci spięte klamerką;

czy tak właśnie spięte jesteśmy, przyklejone
do okien w noc, gdy cała okolica gaśnie niby świeczka?
A gdy za obraz wtykasz wierzbinę? Gdy biją pioruny,
stapiają łańcuch, leczą? Ubywa nas, Alutko,

lecz chyba już nic nie możemy zrobić. Ze wstydu i żalu
zapadamy się w ziemię, dachówka po dachówce.
Niedoczekane jak pokolenia, których nie stworzysz,
a które ja rozsieję we mchu i okruchach cementu,

by uwierzyły własnym oczom. Koniuszkiem palca
dotknę chorego miejsca na mapie, oznaczę rozstajne
drogi, mosty. Kuchenne światła tlące się w kałuży.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Kręgi. Wiosna

Może nie zdajemy sobie sprawy, może
nie zdążyliśmy zagrzać wszystkich barowych
stołków w zachodnim kwartale miasta, lecz

bieg rzeczy jest zmienny. Coś pęka, topnieje
na czołach starców rysując bruzdy i zakola.
Wiślane bulwary. Marzec wydmuchiwany

naprędce jak dym podczas przerw, między
pierwszym a czwartym piwem, przez sen albo
ucho igielne. Mnożą się perspektywy,

które nanosisz na papier i nie ma w tym nic
dziwnego, że wiosna przychodzi do Krakowa
spóźniona, kładąc się na schodach

cuchnących kocim moczem. Marcuje
się, kwietniem wrasta do ust. O tyle jesteśmy
nadzwyczajni, że potrafimy obudzić się

na właściwym przystanku. Bierzesz mnie
na język, smakujesz, by zaraz wypluć jak
pestkę i sprawdzić, skąd tym razem powiał

maj. A ja kicham na wszystko.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Credo, quia absurdum est *

Tamtego dnia byłam bardzo blisko. Na skraju łóżka zwinięta
w ślimaczą skorupę. Widziałaś mnie nagą, zapadającą się w próchno
i zapach parafiny, w gładki pokost naskórka. Stanowiłyśmy

niepodzielną całość, a może zlepek figur, kształtów wklęsłych
i wypukłych, układających się wzdłuż poziomic; kartografię pełną
szaleńczych urwisk i łagodnych, jasnych przejść między obrazami.

Przez tyle lat odnajdywałam nas i gubiłam, odtwarzając
słoneczne układy linii papilarnych, zmarszczek okalających jedną
jedyną myśl; którą dzisiaj wdycham razem z pyłem, z lipową

drzazgą wbijam pod paznokieć, zdrapuję ze ścian. Trwamy
w bezruchu, do spokojnego snu szykując się w łonie ziemi łupionej
przez barbarzyńców. Rzym upadł. Zawierzając niedorzeczności

nigdy już nie odkryję, nie wypowiem twoich imion, dziwactw
i chorób, których nie dostąpisz.


* łac. Wierzę, ponieważ to absurdalne