poniedziałek, 12 grudnia 2011

Sztetl (szkic)

Bruno Schulz, Adela i Edzio
Adela stopy ma białe i miękkie, za każdym razem,
kiedy przymyka powieki, podskórnie wędrują szeregi
pluskiew. Podbródek trzyma uniesiony wysoko, gdzieś
w stronę balkonu – i tylko między rzęsami rozkwitają
frywolnie sny, a we włosach plącze się zapach maciejki.

Po drugiej stronie nie ma już nikogo; młody kaleka
dotarł do domu na czworakach. Na szybie pozostały
ślady palców i nosa – przypominają bukiet kwiatów,
niedokończone listy, takie tłuste, słone od potu.

Nadszedł świt, nad gankiem błyszczą dachy miasta.
Pokraczne kamieniczki, pomniki – smętne zjawy
z oczodołami zalepionymi miodem, plastrami słońca.
Cienie, drżące osiki pełzające po wzgórkach ulic.

Ostatnie błogosławieństwo wybrzmiewa skargą:
ledwie zawiśnie na ścianach przy wierzbinie lub czerwonych
jabłkach, a ciała obrastać będą w modlitwy i wystrzały –
krótkie pociągnięcia ołówka. W oczach zagnieżdżą się
odpryski szkła i farb. Senne mozaiki. Przywidzenia.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Uroczysko (akwarela)

Jerzy Duda-Gracz, Szumiąca. Trio fortepianowe g-moll
Łydki ma chude jak szczapy. Noc wygięła się nad nią w pałąk
i wsiąka w chropowatość papieru. Spójrz, panienka z bagien jest
całkiem naga. Jej lico przybiera rumieniec jabłka, a rude kosmyki
opadają na rozdeptane drogi, omszałe płoty i resztki chałup.

Jesteście smukłe jak osiki, wy polskie zmory. Oplata was lepiech
i rumianek, zielne sukno snuje się między palcami jak mgła.
A niech no się który skusi, to różańce zaczną szemrać na rozstajach
niczym wisielec na przednówku. Skóra będzie sina i nabrzmiała,

zaś woda zdrowa i przeklęta. Niech się święci woda, dobra woda,
powała i próg; gdzie w kuchni zapiecek, a w pokoju trumna.

czwartek, 27 października 2011

Drohobycz (portretowanie ulicy)

Pamięć kończy się na krągłościach kocich łbów i ciał
przylegających do białych jak mleko matki ubrań.
Deszcz zapłodnił już ogrody przy Sienkiewicza. Miękko
zsuwa się po rynnie, by spłynąć na przełaj chodnikiem.

Wcale nie wyglądamy jak duchy. Do twarzy nam
w starych płaszczach, trzewikach, smutkach. Jesteśmy
widzialni i piękni do bólu: ja z warkoczem, naręczem
śliwek. Ty ulepiony z lepszej gliny i zdrowszej krwi.

Jeszcze kryjemy się w ramach obrazów, kołyszemy
wolno niby sny wciśnięte w głębię perspektyw.
One unoszą się nad dachami jak spopielone akwarele,
zdziczałe róże i nazwy ulic, których nikt nie pamięta.

poniedziałek, 21 marca 2011

Wytopy


zima była niczym narośl na żywym, gotowym do miłości
ciele. nadziei mieliśmy mnóstwo: tyle co sikorek za oknem
i słoniny rozwieszonej na gałęziach zdziczałych śliw.

ani krzty bólu. żółty piec kaflowy, poranny zgrzyt żeliwnych
drzwiczek. kuchenne ściany przesiąkały szumem odbiorników,
rozmowami po północy i dźwiękiem radzieckiej pozytywki.

dalej było już tylko jasno i ciepło. może swetry mieliśmy
grubsze, a może troska topiła śniegi i tkała z nich obejścia
pełne rozgadanych strumyków.

poniedziałek, 14 marca 2011

Wilcza jagoda


a wracała do niego jak się wraca do przystani. do snów jałowych
jak skóra dziecka i rybie łuski. był wieczór. paliła papierosa, strzepując
popiół do rzeki; upadał lekko, jakby miał przemienić się w ptaka.
tylko paznokcie okraszone czerwienią raziły mocniej niż dym
i ścieżka wrastała w bose stopy i sukienkę. przed nią leżały poletka
zaszyte głogiem, parszywe nory, błyszczące owadzie odwłoki.

wtedy pomyślała, że ma bardzo ładną szyję, a piersi jędrne i białe.
i odeszła.

czwartek, 30 grudnia 2010

Długość snu i cienia


Maj pęczniał w deszczu jak zakażona skóra. Wiadra były miękkie
i śliskie, studnie czekały na dzieci lub chwiejące się na łapkach kocięta.
Babka zrywała piwonie, na Boże Ciało, na ołtarz. Mówiła coś
o snach i modlitwach, bólu kręgosłupa, gotowanej kaszy.

Nie była stara, tylko nieco zmęczona, te same szczupłe palce, oczy,
nos. Do ogrodu zabierała mnie zawsze, kiedy pytałam o zdrowie.
Nie rozmawiałyśmy o drzewach, które obumarły dawno temu
na tym cmentarzysku dla psów i świń. Było zbyt duszno.

Gdzieś między fiołkami a krzewinkami truskawek, potem
przy furtce, gdzie rosły róże. Z łebkami wplecionymi w drut
przypominały przerażone kobiety, które wtulają piersi
w jedyne na świecie ciało. Lęk chronił je od upadku w błoto.
Między kurze i kacze tropy, paszę i obierzyny z ziemniaków.

piątek, 24 grudnia 2010

Diabelska edukacja


kiedyś czas wpełznie pod wycieraczki. zapali księżyce.
otworzy chlebaki i tanie wina, których nie wypijemy do końca.

wtedy powiem:
nie śpij.

i zbadamy puls ścieżek. skóra zwabi komary, niespokojne noce.
policzy ćmy na żarówkach. snom rozkaże, by wylazły spod podłóg,
podpaliły ostatnie drwa i zaskwierczały w piecu.

a ja powiem:
kochaj.

czwartek, 25 listopada 2010

Symetria


uczymy się spijać sny, deszcz i wódkę.
za plecami stoją drzewa jak nagie kobiety
z włosami rozwścieczonymi przez wiatr.

i jeszcze więcej pocałunków, więcej
rąk wrastających w siebie, w nas, w noc
krakowską i jasną.

piątek, 17 września 2010

Witraże

Wychodzimy z lata. Zagnieżdżeni w sierpniach
ciepłych i jasnych. W myślach niosących zapach siana,
mokrego drewna. Kiedy dotykasz, nawet najdziksze
ścieżki prowadzą do domu. Gdzie moje ciało. Moje

ciało składające się z ziemi przyprawionej wilgocią.
Mój język rodzący słowa śliskie i nieuchwytne. Moje
usta żyjące barwą odbitą.

I nie ma drzew, które wrastałyby mocniej w ramiona.
Nie ma miast wrysowanych delikatniej w linie naszych
brwi. Jeśli jesteśmy naprawdę, to powiedz, gdzie zaczyna się
obłęd: czy w opuszkach palców czy na ścianie
poruszonej światłami nocnych lamp.

Jeśli jesteśmy, to przypomnij, gdzie skończył się siwy
Beskid, nasze cienie i krótkie sny. Odbierzmy sobie wzrok,
by znów stać się powietrzem. Wodą. Przydrożną
czeremchą. Lisim futrem.

poniedziałek, 13 września 2010

Ugór


nabierali w płuca dymu spod strzech. ogniska mruczały
cicho, omijając ich ubrania i włosy. patrzył na nią a potem
na krzyże ropiejące przy nagich rozstajach, gęsi wszywające
w niebo dźwięk troparionu. mieli pajdę chleba za pazuchą
i życiorysy wymalowane na rękach jak smugi torowisk.

myślał, tyle drogi do świtu; i ziemia tak głucha,
że można się na niej kochać nie mówiąc o miłości.
jesień wolno zasychała na progach. tylko najpłytsze sny
były w stanie wyczuć łoskot kół pod miastem, a z błota
ulepić siedliska i dnie przeraźliwie białe.